nudy, tia...
d a n e w y j a z d u
100.16 km
20.00 km teren
04:30 h
Pr.śr.:22.26 km/h
Pr.max:54.40 km/h
HR max: (%)
HR avg: (%)
Kalorie: kcal
Temperatura:18.0
Podjazdy:740 m
dawno nie było stówki, poza tym nigdy nie dojechałem do linii, a na tą trasę polowałem od dłuższego casu, więc warunki są, to ruszam!
aż tak często ostatnio nie jeżdżę, bo trochęnudno, stale to samo, nic się nie dzieje... no to mam co chciałem:)
standardowo do koleczkowa, przez las do kamienia, raz dwado szemuda i na wioski. coraz mniej aut, łebno, trochę daleko, fajny zjazd, później skręcam do lewina planowo, przez lewinko (fajny, klimatyczny asfalt) a później strzepcz i 2 zjazdy. do tłuczewa jeszcze większy zjazd. później kolejny, prawie ani razu pod górę. 1szy raz w życiu wkurzałem się jak dojeżdżałem do zjazdu, "przecież z powrotem to będzie masakra, jeszcze pod wiatr!", i tak do linii i 47 km na liczniku. jestem w tej linii w końcu:)
krótki bufet, napawanie się spokojem, ogląd na mapkę i decyzja: omijam górki, jadę bokiem, jakoś może zajadę. do głodówki fajnie, świeży asfalt (czarny jak w piekle samym), wjazd do KPK, ale później szuter. taki suchy strasznie. pod górkę musiałem się poddać, bike walking:) zjazdy szybkie też szuter i kamienie, w końcu jakaś wioska (miłoszewo) i asfalt, no i zjazd!
ustawiam się twardo do zjazdu, kładę się na kierę, cisnę ostro, 45 na liczniku, uliczka ciasna. 1szy zakręt pokonany, łagodny był. zbliżam się do drugiego, myślę że dam radę mocniej się przechylę i wsio. zbliżam się, coraz bliżej, dalej leżę, nagle zdaję sobię sprawę że to raczej ciasny zakręt i zaczynam hamować gwałtownie ale leżąc to za bardzo rzuca - prostuję się i hamuję z całej siły, jestem już w zakręcie, koła się blokują, skręcać sie nie da, widzę płot przed sobą i - leżę w rowie:)
tak, wyleciałem z zakrętu, dzięki Bogu w tym rowie była miękka trawa, więc ani mi, ani rowerowi ani płotowi nic się nie stało - jakieś tam tylko brudy na nogach. no aż niewiarygodne że nic się nie stało, nic nie jechało z naprzeciwka - jak się później okazało, wylatując z zakrętu jechałem prosto na krzyż.
lewy spd się nie wypiął, na ulicy dużo piasku, na dodatek przed wyjazdem pompowałem koła do 51 PSI, więc o jakiejkolwiek skuteczności hamowania nie mogło być mowy. dobrze, że przeżyłem:)
wyprostowałem siodełko, wrzuciłem biegi na swoje miejsce, przetestowałem rower i dalej w drogę. no, tej wycieczki nie zapomnę:)
później do lewina cały czas szutrem i w lesie, dużo kamieni, ja się spieszyłem bo słońce nisko a chciałem jeszcze te kurhany w Lewinie obczaić. jadąc czułem jak tylne koło coś mocniej na wybojach pracuje, myślę że to od tego ciśnienia. w końcu tam dojechałem, obkrążyłem przystanek pks, z ciekawości obmacuję tylną oponę i - flak:( a do domu 45 km i jest godzina 18:30 w niedzielę. na szczęście miałem zapas i w 40(!) minut się z tym uporałem. było trochę zabawy z oponą ale 1sza w życiu wymiana w akcji poszła sprawnie:) a pomyśleć że miałem nie brać plecaka i dętki... a te spojrzenia miejscowych na tę mechanikę:)
już po zachodzie wyruszyłem dalej, te kurhany dałem se spokój, ciemniało powoli, trza było lampkę zapalić. pod górkę kilka razy, do łebna w miarę szybko, później już w ciemnicy do szemuda dość długo i równo o 20 w kamieniu.
a tam droga przez ciemny las, ale droga jest prosta więc nie było problemu. całkiem ciekawe doświadczenie:)
do koleczkowa już w kurtce, tam już więcej aut więc i oświetlenia więcej, do chyloni z górki i przez miasto szybko do domu dokręcając te 100 km.
nie powiem, jazda z przygodami-jagodami:)
4 kolarzy do mnie machało dziś, rekord (bo niedziela):)
Kategoria 100 - 149,99


